Z czasem zaczęłam rozumieć coś, co kiedyś bardzo mnie bolało. To, że jedni mnie lubią, a inni nie i to nie jest informacją o mojej wartości jako człowieku.
To jest informacja o miejscu, w którym znajduje się drugi człowiek.
O tym, na ile jest gotowy na spotkanie bez masek.
Na ciszę, w której nie da się schować za rolą.
Moja obecność bywa spokojna. Uważna. Wolna. Zarządcza.
I właśnie dlatego nie jest neutralna.
Dla jednych jest ulgą.
Dla innych, czymś niepokojącym.
Bo kiedy nie ma gry, nie ma napięcia, nie ma znanych schematów,
zostaje tylko kontakt.
A kontakt wymaga ODWAGI.
Spokój jednych uspokaja.
Innych stawia twarzą w twarz z samymi sobą z własną naturą i tożsamością.
Pracując z dotykiem, widzę to bardzo wyraźnie.
Dotyk mówi szybciej niż słowa.
Ciało nie potrafi udawać.
Dotyk pokazuje granice, których nie chcieliśmy zauważyć.
Obnaża momenty, w których jesteśmy nieobecni.
Przypomina, że ciało wie, nawet jeśli umysł wolałby nie słuchać.
I właśnie dlatego środowisko osób pracujących z dotykiem bywa paradoksalne.
Powinno być najbardziej świadome,
a czasem bywa najbardziej reaktywne.
Jeśli ktoś pracuje z ciałem, ale sam żyje w napięciu, bo nie nauczył się słuchać siebie, bo nigdy nie zatrzymał się, by wyregulować własne emocje, wtedy
to spotkanie z ciszą i uważnością drugiego człowieka
może być bardzo niewygodne.
Nie dlatego, że ktoś robi coś źle.
Ale dlatego, że nie wszystko jest u niego jeszcze gotowe, by się odsłonić.
Zauważyłam też coś jeszcze.
W środowisku dotyku ocenianie pojawia się szybciej, niż w świecie, który pracuje wyłącznie głową.
Ocena staje się wtedy tarczą.
Sposobem na uniknięcie pytania:
Dlaczego to było dla mnie trudne?
Łatwiej coś nazwać, skrytykować, umniejszyć, niż zostać chwilę dłużej w niewiedzy. Niż przyznać, że coś było trudne do uniesienia.
Ci, którzy mnie lubią, często mówią jedno.
Że czują się bezpiecznie.
Że nie muszą niczego udowadniać.
Że mogą być niegotowi i nadal wystarczający.
A ci, którzy mnie nie lubią…skwituję to:
Łatwiej poczuć niechęć,
niż przyznać przed sobą,
że czyjś efekt jest wynikiem pracy,
na którą w tym momencie nie mamy przestrzeni.
Dlatego często nie lubią tego,
z czym musieli się w sobie spotkać.
Tego miejsca, które stało się widoczne.
Drogi, której jeszcze nie przeszli.
I to nie jest zarzut.
To jest fakt zapisany w układzie nerwowym.
Piszę o tym nie po to, by się tłumaczyć.
Piszę, bo wierzę, że w świecie dotyku,
w świecie pracy z drugim człowiekiem,
empatia zaczyna się od odpowiedzialności za własną reakcję.
Nie każdy musi mnie lubić.
Ale każdy może zatrzymać się na chwilę
i zapytać siebie, z jakiego miejsca mówi.
Tam, gdzie kończy się ocena,
zaczyna się prawdziwe spotkanie.
Monika Szczotka
Dziennik Wellbeing
Shenzen Institut