„Największym źródłem cierpienia jest uzależnienie własnej wartości od opinii innych”
Coraz częściej myślę o tym, jak inni mnie widzą.
I coraz rzadziej pozwalam, by to mnie definiowało.
Schopenhauer pisał, że cierpienie rodzi się nie z tego, kim jesteśmy,
lecz z tego, jak bardzo uzależniamy swoje poczucie wartości od cudzej opinii.
Im więcej oddajemy innym władzy nad obrazem siebie,
tym bardziej tracimy kontakt z własnym wnętrzem.
Długo uczyłam się tej lekcji.
Kiedyś chciałam być zrozumiana.
Dziś ważniejsze jest dla mnie, by być spójna.
Zrozumiałam, że nie jestem dla wszystkich i to nie jest porażka.
To znak, że mam kształt.
Że moja obecność nie rozlewa się bez konturu.
Że mam swoje tempo, swoją ciszę, swoją drogę.
Schopenhauer mówił też, że każdy człowiek patrzy na świat
przez pryzmat własnych braków, lęków i pragnień.
Dlatego to, co inni widzą we mnie,
często więcej mówi o nich niż o mnie.
I kiedy to naprawdę przyjęłam,
coś we mnie zmiękło.
Nie potrzebuję już, by wszyscy mnie lubili.
Nie dlatego, że przestało mi zależeć na relacjach.
Ale dlatego, że zaczęłam wybierać prawdziwe spotkania.
Są ludzie, przy których mogę oddychać swobodnie.
Są tacy, przy których cisza nie musi być wypełniana słowami.
I są też tacy, dla których moja obecność jest zbyt spokojna,
zbyt wolna, zbyt niewygodna.
I to jest w porządku.
W pracy z dotykiem uczę się tego każdego dnia.
Dotyk nie próbuje przypodobać się wszystkim.
On jest albo bezpieczny, albo nie.
Albo prawdziwy, albo powierzchowny.
Nie da się dotknąć kogoś naprawdę,
jeśli samemu nie stoi się stabilnie w sobie.
Dlatego moje poczucie wartości
nie opiera się już na zewnętrznych reakcjach.
Opiera się na wewnętrznej zgodzie.
Dziś wiem, że bycie „nie dla wszystkich”
jest formą troski.
O siebie.
O innych.
O jakość relacji.
Nie każdy musi mnie rozumieć.
Nie każdy musi ze mną iść.
Wystarczy, że ja wiem,
dlaczego idę tak, jak idę.
I że robię to w spokoju.
Monika Szczotka
Dziennik Wellbeing
Shenzen Institut